Czesław odwiedza Genię. Taszczy pod pachą książkę. Tak powiedział: że taszczy. Genia musi wytężać wzrok, aby zobaczyć mizernie wyglądający egzemplarz. Czesław nie daje za wygraną, wciąż mówi i mówi.
To jest prezent na urodziny, od dzieci, nawet napisały dedykację. Z datą, podkreśla gość ze śmiechem, jakbym nie wiedział kiedy mam ten swój jubileusz. Genia wzdycha: każdy wie że Czesław urodził się piętnastego, w październiku. No, wie się, odpowiada z dumą.
Genia wraca do tematu książki. Czy Czesław ją przeczytał? Bo nie wiadomo czy warto czytać. Zagadnięty wypręża pierś. Nie, przejrzałem tylko, poza tym wylała się kawa. Nie ma Genia jakiegokolwiek, tego, no, odplamiacza? Bo tak dziwnie toto wygląda. Tu wysoko druk, a na dole kartki plama.
Czesław jest bratem Geni. Oboje w dojrzałym wieku. Powinni już wiedzieć, zwłaszcza Czesław, że książek nie przegląda się. Takie zdanie może, bez żadnego skrępowania, wypowiedzieć uczeń szkoły podstawowej. Lecz ludzie będący zapewne dziadkami? Czyżby sami już zdziecinnieli? Postanowili wrócić do świata papierowych latawców? A może przyczyna takiego traktowania książek tkwi zupełnie gdzie indziej?
Podpowiem: książek nie przeglądamy. Nie wyłapujemy co drugie, piąte słowo. Bo z tych słów które dotrą do nas możemy ułożyć zupełnie inną opowieść niż Autor nam podarował. A to zaszkodzi raczej odbiorowi całej literatury.
Zima tego roku jest nader śnieżna i mroźna. Nie odśnieżano jedyną drogę przebiegającą przez wieś. Dzieci chorują, dorośli są na skraju wyczerpania. Przez cały dzień pali się w kuchni kaflowej. Matka utyskuje, że i na noc nie będą gasić, taki ziąb. W niedzielę czy poniedziałek wrzuca do paleniska książkę. Zauważa ją jakby w ostatniej chwili, tuż przed podjęciem decyzji o ugotowaniu obiadu. Leżała na pobliskiej półce wśród pudełek zapałek, pojemników z przyprawami, niedaleko łyżek i noży. Nie spojrzała na okładkę, nigdy nie pozna ani autora, ni tytułu. O treści już nie wspominając.
Nie pamięta skąd się wzięła, nikt nie pamięta. Ojciec tylko machnął ręką: Wszystkie książki, które kupiłem, zaniosłem na strych. A tej, najwidoczniej, nie zaniosłem. Matka zdziwiła się, a zarazem roześmiała. Porządek z książkami robiłeś przecież kilka ładnych lat temu. Czyżbyś zapomniał o tej jednej? Machnął ponownie ręką. A co mnie to wszystko u diabła obchodzi! Gotuj ten … obiad, bom gotów umrzeć z głodu.
Podpowiem: książek nie palimy przed przeczytaniem. Kiedy już przeczytamy, też raczej nie powinniśmy palić. Nawet jeśli zima za oknem, a mąż i dzieci marzną bez ciepłego posiłku. Nie wolno palić książek, gdy chcesz być tak sławny jak Biblioteka Aleksandryjska. Nawet gdy mieszkasz niedaleko Opemplatz. Gdy masz na imię Guy, jesteś strażakiem i wywołujesz pożar o sile czterystu pięćdziesięciu jeden stopni w skali Fahrenheita.
Inaczej będziemy krztusić się słowami. Ekran telewizora palić się będzie blizną niedomówień, aluzjami, docinkami. Brakiem rzetelnej informacji.
Te zdania napisałem jako protest na wypowiedz inżyniera Stefana Karwowskiego, który niefortunnie streścił swą edukację. Na dowód umieszczam krótki filmik.
Komentarze
Prześlij komentarz