Śnią mi się książki, biblioteki książek. Ciągi przepełnionych półek różnoraką literaturą. Najprawdopodobniej znaną już i, użyję szkolnego wyrażenia, przerobioną. Zaliczoną. Po przeczytaniu - zapomnianą. Jakbym jakowyś egzamin zdawał.

Sny powtarzają się bardzo często. Tak często jak chodzi się do pracy. Każdego dnia oprócz niedziel i przewidzianych ustawowo świąt. Jeśli nawet dwa ostatnie zdania czytelnik potraktuje jako żart, to i tak nie będzie to nadużyciem wobec tego co naprawdę wyprawia moja głowa gdy przyłożę głowę do poduszki.

Powinienem czuć się zrelaksowany po takiej dawce nocnego „czytania”. Książki właśnie po to zostały wymyślone, aby czytelnik cieszył się tym co czyta. Aby westchnąć: „To mi się podoba!” I dodać na tym samym oddechu: „Za mało, jeszcze chcę, poproszę”.

Ale jest inaczej. Nocne lektury męczą. Ściskają za gardło. Depczą odciski. Popychają w ten sposób, aż kilka razy spadłem z łózka.

Bo tak mówiąc szczerze wystarczy że pracuje ( inaczej: wyciszam się!) w bibliotece szkolnej ( szkoła podstawowa i gimnazjum), która, jak pewno łatwo się domyślić, działa w trybie dziennym. Dokładniej: od 10 do 15. I już, i dosyć. Koniec. Chwatit’. The end. Wszystko to co się dzieje po trzeciej po południu, powinno być moim osobistym, wręcz prywatnym wyborem.

A co robię w wolnym czasie od pracy? Pewnie to co i inni. Jem posiłki, odpoczywam, spaceruje po najbliższej okolicy, odwiedzam znajomych. Robię zakupy, oglądam telewizję, od czasu do czasu nudzę się bez sensu gapiąc się w określony punkt na ścianie. Piszę wiersze, felietony, pracuję z komputerem. Całuję kobiety, pieszczę, przytulam. Biegam, fotografuję. Wiele innych spraw pod niebem i na ziemi mógłbym wymienić.

Lecz już widzę jak Czytelnik pobieżnie, niecierpliwie przebiega oczyma ostatnie cztery linijki i szuka tego jednego, jedynego słowa. Słowa: „Książki. I to pytanie ukryte w niecierpliwym oddechu. Czy czytam książki poza miejscem pracy?


Gdy spędzasz kilka godzin wśród dziecięcych książek, z pewnością powinieneś mieć pod ręką odtrutkę. Taki zastrzyk anty. Iniekcję przeciwwirusową. Czyli książkę „dla dojrzałych”.

Być może znajdą się tacy którzy skrzywią usta na słowo „wirus”. Czy dziecięce książki dla dorosłego człowieka naprawdę mogą się stać wirusem czyli tworem pasożytniczym?

Z pewnością nie dosłownie. Żadna książka nie jest pasożytem sama w sobie. Lecz przecież zdarza się że jesteś wymęczony jakimś tytułem z działu bajki dla dzieci.

Tak jak koleżanki z trzeciej a. Jedną z lektur w tej zacnej klasie jest zbiór opowiadań „Z przygód krasnala Hałabały”. Dzieci, tak twierdzą koleżanki, potrafią zadać takie pytanie na temat omawianej książeczki, że należy bardzo wczytać się w tekst, aby odpowiedzieć nań. Pytanie tak szczegółowe, a zarazem tak odległe od tematu lekcji, że można ręce załamać. „A czy, pse pani, Hałabała miał kubraczek w paski czy w kropki?” I odpowiadaj tu człowieku! Jest pewne jak to słońce na niebie że uczeń klasy maturalnej nie zada podobnego pytania w stosunku do Stanisława Wokulskiego. Bolesław Prus nie po to napisał „Lalkę” aby alumn liceum ogólnokształcącego debatował z nauczycielem o strojach z epoki. W trzeciej a szkoły podstawowej jednak wszystko jest możliwe. To że krasnal Jasio zadaje „niewygodne” pytania nie jest niczym dziwnym. Panie nauczycielki znając temperament dzieci i ich chęć do poznawania świata poprzez lektury, już zawczasu czytają daną lekturę ( który to już raz!?) i przygotowują odpowiedzi na ewentualne pytania.

Jednocześnie marudzą pod nosem, aby dzieci nie usłyszały, że ich panie nie są zbyt zadowolone z powtórnej lektury tak uwielbianej przez milusińskich książeczki.

Bo nie mogą być. One nie czytają przecież dla przyjemności. Tylko aby przypomnieć treść. I to drobiazgowo. A jak gdzieś już powiedziałem, książki po to są, aby cieszyć, aby nieść radość.

A tu nie dość że czytamy jedną książkę setny raz, to jeszcze musimy robić z lektury notatki. Mamy zatem, oprócz odpowiedzialności wobec treści książki, niełatwe zadanie logistyczne. Dzieci w domu, mąż, zapewne jakiś obiad czy inna kolacja. Ktoś coś chce od ciebie, ktoś inny włączył zbyt głośno telewizor czy radio. A ty człowieku, męcz się! To męczy człowieka, mówiły koleżanki, opiekunki klasy 3a. Choć daje radość dzieciom.

Dlatego też, tak na wszelki wypadek, czytam dorosłe lektury. Aby nie zgnuśnieć i zdziecinnieć. Bo śnią mi się właśnie te, wielokrotnie czytane książeczki dla dzieci.






Komentarze

Popularne posty z tego bloga